Wiadomości
Komentarze
Forum

Wpisy w kategorii: Inne

MEN planuje, że od nowego roku szkolnego gimnazjaliści i licealiści nie będą mogli dostać zaświadczeń o dysleksji. Prawo do takiego dokumentu będą mieli tylko uczniowie podstawówek. Więcej informacji w artykule „Gazety” „Tylko wcześnie wykryta dysleksja będzie legalna”. Poniżej fragment artykułu:

Nowy przepis ułatwi życie uczniom i rodzicom. – Nie będą już musieli stać w kolejkach do poradni, by co kilka lat aktualizować zaświadczenie. Raz wydana w szkole podstawowej opinia o dysleksji będzie ważna na wszystkich etapach kształcenia – mówi wiceminister Jaroń.

Beata Graczyk chwali pomysł ministerstwa, bo będzie można szybciej diagnozować dzieci z problemami rozwojowymi, ale widzi też jego wady: – A co się stanie z dziećmi, u których nikt dysleksji nie wychwyci? – pyta.

Innego rodzaju wątpliwości ma Renata Czabaj, prezes Polskiego Towarzystwa Dysleksji: – Nie wystarczy powiedzieć: mam dysleksję, jestem happy. Za diagnozą powinna iść intensywna praca. Dyslektyków nie można pozostawiać samych sobie. Tego właśnie w projekcie zabrakło.

Konsultacje społeczne proponowanych zmian potrwają do 30 kwietnia. Jeśli podczas nich nie pojawią się zastrzeżenia, minister Hall podpisze rozporządzenie i zmiany wejdą w życie od nowego roku szkolnego.


W kolejce po obiad na dworze

„GW” opisuje sytuację w Szkole Podstawowej nr 1 w Rumi:

Szkoła działa w dwóch budynkach. W jednym są sale lekcyjne i szatnia. W drugim, oddalonym o 50 metrów – sala gimnastyczna, maleńka stołówka, świetlica i sale dla zerówki. Szkoła jest tak przepełniona, że dzieci uczą się na trzy zmiany.

- Ręce opadają. Czy ktoś widział w normalnej szkole, żeby przez jedną salę przechodziło się do drugiej? – denerwuje się Katarzyna Domagała, jedna z mam. – Klasy o powierzchni 15 metrów albo szatnię tak ciasną, że nie ma gdzie zmienić butów? Czy ktoś pomyślał o zdrowiu naszych dzieci, które w sweterkach, czy to deszcz, czy mróz, stoją na dworze w kolejce do stołówki? W stołówce jest 60 miejsc, a obiady je prawie 300 uczniów. Więc reszta czeka na zewnątrz. Ubrać kurtek nie mogą, bo w ciasnej szatni w tym czasie przebierają się inne dzieci. I dlatego nasze dzieci tak często chorują.

Mimo obietnic radnych, dotyczących przeznaczenia 340 tys. zł na rozbudowę tej szkoły, w budżecie miasta nie ma środków na remont. Burmistrz Rumi, Elżbieta Rogala-Kończak, zapewnia, że inwestycja ruszy jeszcze w tym roku, ale jej budżet nie jest jeszcze znany.

Więcej informacji w artykule: „W kolejce po obiad. Na dworze, bo stołówka za mała”.


MEN zlikwidował CODN i CMPP-P

Minister edukacji postanowiła z dniem 1 stycznia 2010 roku połączyć Centralny Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli w Warszawie i Centrum Metodyczne Pomocy Psychologiczno-Pedagogicznej w Warszawie w jedną placówkę doskonalenia nauczycieli o zasięgu ogólnokrajowym – Ośrodek Rozwoju Edukacji.

Więcej informacji na ten temat wraz z komentarzem można znaleźć w „Monitorze Edukacji”.


Podsumowanie roku w edukacji

Koniec roku to czas podsumowań. Na stronie „Gazety Wyborczej” można znaleźć informację o najważniejszych wydarzeniach w edukacji w 2009 roku: „Rok 2009 w edukacji i szkolnictwie wyższym”.


RPD apeluje o mniejsze klasy

Z danych Ministerstwa Edukacji Narodowej wynika, że 7 proc. uczniów podstawówek, 3 proc. gimnazjalistów, 17 proc. uczniów szkół zawodowych i aż 43 proc. licealistów uczy się w klasach, w których jest powyżej 30 osób. Rzecznik Praw Dziecka już po raz drugi zaapelował do MEN o wprowadzenie przepisów ustalających maksymalną ilość dzieci w klasach. Za pierwszym razem usłyszał od urzędników, że „wyniki badań nie wykazują, aby wyniki uczniów były tym lepsze, im klasa jest mniejsza”.

Więcej informacji w artykule: „Upychanie z klasą”.


Ile kosztuje bezpłatna edukacja?

„GW” prezentuje wyniki ankiety CBOS „Rodzice wydali średnio 965 zł. Tyle kosztuje wyprawka szkolna”:

Średnio 965 zł wydała w tym roku polska rodzina na potrzeby dzieci związane z rozpoczęciem roku szkolnego. W przeliczeniu na jedno dziecko w wieku szkolnym wydatki te wyniosły średnio 601 zł Koszty poniesione w 2009 r. są najwyższe od trzynastu lat.

A ile Państwo wydali na wyprawienie swoich dzieci do szkoły?


Marchewka nie wygrała z chipsami

Informacja z serwisu www.trojmiasto.pl:

Z szumnie zapowiadanego przez rząd programu „Owoce w szkole” niewiele na razie wyszło. Szkół na Pomorzu jest ponad 500, a owoce trafiły zaledwie do kilku z nich. Powód jest prozaiczny – dostawcom się to nie opłaca.

Owoce i warzywa, których zakup finansuje Agencja Rynku Rolnego, miały wyprzeć ze szkoły chipsy i inną niezdrową żywność. ARR ma 12,2 mln zł na owoce i warzywa dla uczniów klas I-III, ale wszystko wskazuje na to, że duża część tych pieniędzy nie zostanie wykorzystana. Pierwszego dnia programu tylko co 50 szkoła mogła zaoferować uczniom jabłka i soki, zamiast batoników i gazowanych napojów w szkolnym sklepiku.

Dostawcy otwarcie przyznają, że interes ze szkołami po prostu im się nie opłaca. Dostają ledwie 1,20 zł za dostarczoną porcję, a to za mało. Poza tym rząd tak sformułował umowę, że może im zapłacić dopiero po czterech miesiącach.


Haracz ukryty w przedszkolach

Informacja z artykułu „Haracz ukryty w przedszkolach”:

- Dyrektorzy przedszkoli biorą haracze od firm organizujących zajęcia dodatkowe dla dzieci, nawet kilka tysięcy złotych miesięcznie – twierdzą instruktorzy prowadzący je w Warszawie. A setki tysięcy złotych płyną przez przedszkola bez jakiejkolwiek kontroli.

O nielegalnym procederze w publicznych przedszkolach mówiło się w Warszawie od lat. Po cichu. Głośniej zrobiło się w lipcu tego roku. Wtedy, po kontroli ratusza, odwołano dyrektorkę Przedszkola nr 352 na Ursynowie. Kontrolerzy ujawnili, że brała pieniądze od firmy organizującej dodatkowe płatne zajęcia w tym przedszkolu. Według umowy, którą zawarła z firmą, za nadzór, czyli coś, co i tak należy do jej obowiązków, oraz za zbieranie raz w miesiącu pieniędzy od rodziców. Dyrektorka dorabiała w ten sposób 4,8 tys. miesięcznie.

I komentarz dziennikarza:

Utarło się, że posyłanie przedszkolaków na płatne zajęcia dodatkowe to rodzicielski obowiązek. Dlatego w dużych miastach ich prowadzenie to duży biznes. W samej Warszawie co miesiąc przez publiczne przedszkola przepływają setki tysięcy złotych.

Zasady organizowania zajęć dodatkowych w publicznych przedszkolach powinny być jasne i jawne dla wszystkich. Jednak – jak wynika z naszego tekstu – są pełne niejasności.

Wolałbym – choć poważnie traktuję oskarżenia instruktorów – aby okazało się, że proceder, o którym mówią jest incydentalny. Tylko że w to nie wierzy już chyba nawet urzędniczka odpowiadająca w Warszawie za przedszkola.

Władze, które nadzorują przedszkola, muszą rzetelnie sprawdzić i wytłumaczyć, jak dodatkowe zajęcia są finansowane i jak wielka jest szara strefa oficjalnie ujawniona już w ursynowskim przedszkolu.

Rodzice, którzy płacą za zajęcia swoich dzieci, muszą wiedzieć, na co tak naprawdę wydają pieniądze. A dyrektorzy przedszkoli pokazać, że w tej sprawie nie mają nic do ukrycia.

Nie mamy nic przeciwko zwiększaniu pensji pedagogów i dyrekcji placówek oświatowych – jednak nie kosztem zwiększania opłat ponoszonych przez rodziców i to poza kontrolą organów prowadzących te placówki, czyli gmin i Biur czy Wydziałów Edukacji. A jak ta sprawa wygląda u Państwa?


Szkolne stołówki bez nadzoru

Tylko niewiele ponad połowa polskich podstawówek ma stołówkę, w gimnazjach jest jeszcze gorzej – niewiele ponad jedna trzecia tego typu placówek oferuje dzieciom ciepłe posiłki – wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego za ubiegły rok. O wiele więcej stołówek szkolnych jest w miastach (73 proc.) niż na wsiach (tylko 41 proc.). Z ciepłych posiłków w szkołach podstawowych korzysta codziennie blisko połowa uczniów…

Aktualnie nikt w Polsce nie kontroluje tego, co jedzą nasze dzieci. Dawniej kaloryczność i zawartość składników odżywczych posiłków w stołówkach szkolnych sprawdzał sanepid. Jednak w 2004 roku Unia Europejska zdjęła z niego ten obowiązek. Teraz kaloryczność mogą liczyć kucharki, mogą, ale nie mają takiego obowiązku. Zlikwidowano laboratoria sanepidu i od tamtej pory zawartości menu stołówkowego miał przyglądać się Instytut Żywności i Żywienia. I rzeczywiście tylko się przygląda.

Sanepid za to kontroluje i w razie potrzeby wypisuje mandaty, ale tylko w wypadku, gdy naruszone zostały bezpieczeństwo i higiena żywności. Inspektorzy kontrolują m.in. czy jedzenie w stołówkach jest właściwie przechowywane. Dbają także o to, czy obiady spełniają walory estetyczne i czy jadłospisy są właściwie układane, ale nie pobierają już żadnych próbek, robią to na tzw. oko. Jakie są wyniki tych obserwacji? Okazuje się, że nawet „na oko” jadłospisy wypadają chudo. Blisko połowa z nich została źle skomponowana – wynika z badań Głównego Inspektora Sanitarnego.

Więcej informacji w artykule „Zupa z proszku i mielone – to jedzą dzieci w szkolnych stołówkach”.


Etyka w szkołach bez zmian

Artykuł „Albo chodzisz na religię, albo szukaj innej szkoły” porusza organizacji lekcji etyki.

Wg obowiązujących wciąż przepisów minimalna liczba uczniów w placówce, dla której dyrektor jest zobligowany zorganizować lekcje etyki lub umożliwić uczniom uczęszczanie na takie lekcje do sąsiedniej placówki to siedmioro dzieci. Zmiany planowane pierwotnie od września 2009 (o obowiązku zorganizowania lekcji etyki dla każdego, choćby jednego ucznia) nie weszły jednak w życie.


« wstecz - dalej »