Wiadomości
Komentarze
Forum

Wpisy w kategorii: Reforma systemu edukacji

Warszawscy psychologowie nie chcą firmować kampanii promującej reformę oświaty. Poniżej fragment artykułu “Komisje poboru sześciolatków”:

Część warszawskich psychologów twierdzi, że dostała od władz miasta wyraźny sygnał o tym, że powinna “wesprzeć” kampanię. - Na spotkaniach z przedstawicielami ratusza dyrektorzy poradni słyszeli różne rzeczy. Np. że do podstawówek poszło tak mało sześciolatków, bo psychologowie za mało się postarali o przekonanie rodziców - mówi Maria Płotczyk, przewodnicząca ogólnopolskiego Związku Zawodowego “Rada Poradnictwa”, zrzeszającego pracowników poradni psychologiczno-pedagogicznych. - Co to jest, jeśli nie naciski? - pyta. Jej zdaniem już sam fakt, że od psychologów oczekuje się tego, żeby przychodzili na szkolne spotkania z rodzicami i wspierali kampanię, jest nie w porządku.

Podobnie uznała grupa psychologów z jednej z warszawskich poradni. Napisali do dyrektora stołecznego Biura Edukacji.

- Nie możemy mówić w sprawie reformy jednym głosem, bo prócz zalet dostrzegamy mankamenty. Mamy prawo i obowiązek zwrócić uwagę na zagrożenia - mówi Urszula Moszczyńska, jedna z sygnatariuszek listu.

A w jaki sposób w Państwa miejscowości samorząd chce zadbać o sześciolatki w szkole?


“Dziennik” opublikował artykuł na temat pierwszego półrocza obniżenia wieku szkolnego “Sześciolatki w szkołach - bilans półrocza“. Poniżej dwa fragmenty:

Raz posłanego do szkoły dziecka nie można już cofnąć do zerówki. A problem istnieje. Tomkowi nie pomogły nawet dodatkowe zajęcia. Było jasne, że do pierwszej klasy się nie nadaje. Rodzice chcieli go po pierwszym semestrze cofnąć do zerówki. Jednak MEN, gminny wydział oświaty i poradnia psychologiczno-pedagogiczna odpowiedziały, że nie ma do tego podstawy prawnej. Zaproponowano pomoc psychologa i pedagoga. Rodziców zapewniono także, że w ostateczności dziecko powtórzy pierwszą klasę.

Jak mówi rzecznik resortu Grzegorz Żurawski, pierwsze miesiące reformy pokazały, że sześciolatki, które poszły do pierwszej klasy, poradziły sobie z opanowaniem programu, a wszelkie obawy okazały się bezpodstawne. Skąd MEN ma tę wiedzę? “Otrzymujemy te sygnały od nauczycieli klas pierwszych” - odpowiada Żurawski. Co ma do powiedzenia rodzicom i ekspertom, którzy opowiadali nam o problemach? Radzi, by rodzice nie słuchali straszenia, tylko osobiście udali się do szkoły i ocenili, czy warto tam posłać dziecko.


Cenzurki dla pięciolatków

MEN planuje wydawanie pięcio- i sześciolatkom kończącym przedszkole świadectw zatytułowanych “Informacja o gotowości dziecka do podjęcia nauki w szkole”. Eksperci ostrzegają, że za wcześnie na formalne ocenianie małych dzieci i może się to skończyć tworzeniem w szkołach klas dla geniuszy i dzieci z trudnościami. Poniżej fragment artykułu “Cenzurki już dla pięciolatków”, który zamieściła “Rzeczpospolita”:

– To niehumanistyczne klasyfikować człowieka, który się dopiero rozwija. Taka pierwsza etykietka często pozostaje na całą drogę edukacyjną dziecka. To pokusa do dzielenia dzieci na lepsze i gorsze i grupowania ich w klasach według uzdolnień – mówi prof. Danuta Waloszek z Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie.

Dodaje, że pomysł przypomina karty sześciolatka, na mocy których w latach 70. i 80. przyjmowano dzieci do szkół. – Oceniały, czy dzieci są bardzo dobrze czy niedostatecznie przygotowane do rozpoczęcia nauki. Zrezygnowano z ich wydawania, bo trudno jest wyznaczyć standardy wymagań dla tak małego dziecka, które już w kilka miesięcy po ocenie może nabyć zupełnie nowych umiejętności – podkreśla prof. Waloszek.

Eksperci wskazują, że nie ma pewności, czy wszyscy nauczyciele podstawówek są przygotowani na właściwe korzystanie z ocen. – Bardzo istotne jest, kto z tych nowych cenzurek będzie korzystał – podkreśla Alina Kozińska-Bałdyga, prezes Federacji Inicjatyw Oświatowych. – Jeśli mądrzy nauczyciele, to będą przydatne, ale jeśli trafią do nieprzygotowanych do pracy z dziećmi pedagogów, to mogą zaszkodzić dzieciom – twierdzi.


W artykule “Uwolnić zerówki od sześciolatków” opublikowanym w “Rzeczpospolitej” Karolina i Tomasz Elbanowscy zastanawiają się, czy kolejnym etapem reformy systemu edukacji nie będzie likwidacja zerówek w szkołach.

W tym roku władze Warszawy postawiły sobie za cel nadgonienie opóźnień. Do klas pierwszych ma trafić aż 40 proc. wszystkich stołecznych sześciolatków. Dlatego np. władze Bielan chcą utworzyć we wrześniu aż 22 pierwsze klasy dla sześciolatków i tylko 13 oddziałów zerowych w podstawówkach. Dzięki temu Warszawa jako pierwsza zostanie oswobodzona z sześciolatków. Wolny wybór pozostawiony rodzicom to przecież nie powód, by stolica miała nie zrealizować planu. Politycy uważają, że rodzice też powinni to zrozumieć i nie przeszkadzać.

(…)

Z tego wszystkiego jasno wynika, że najdalej w trzecim etapie reformy w całej Polsce samorządy zabiorą się nie tylko do likwidacji zerówek w przedszkolach, ale też zerówek w szkołach. Podstawówka może po prostu nie prowadzić oddziału zerowego. Nie ma przepisów, które by do tego obligowały.

Przykładem może być pewna stołeczna szkoła, w której już zapowiedziano, że od nowego roku zerówki nie będzie. Rodzicom, którzy wyrazili obawę, że maluchy nie poradzą sobie z programem pierwszej klasy, dyrektorka powiedziała, że trzeba dzieci przyzwyczajać do porażek.


Władze samorządowe Krakowa rozpoczęły akcję “Sześciolatku, nie trać roku”, która ma zachęcić rodziców sześciolatków do wysłania swoich dzieci do szkoły. O założeniach akcji możemy przeczytać tutaj: “Urzędnicy apelują: Sześciolatku nie trać roku!”. O tym, jak akcja wygląda w praktyce - tutaj: “Falstart akcji: Sześciolatku, nie trać czasu”.

Dni otwarte zaczynają się już w przyszłym tygodniu, a zdecydowana większość szkół na urządzanie klas dla sześciolatków nie dostała jeszcze pieniędzy. Rodzice zwiedzając szkoły, będą sobie musieli więc wyobrazić małe mebelki, kolorowe wykładziny i ewentualnie świeżo odmalowane ściany. O ile w ogóle trafią na dni otwarte.

Skrupulatną informację o tym, kiedy w jakiej szkole się one odbywają (łącznie z podaniem linii autobusowych i tramwajowych, którymi można do danej podstawówki dojechać), pokazali tylko na konferencji prasowej przed kilkoma dniami. I schowali do szuflady.

Rodzice od kilku dni usiłowali dowiedzieć się o terminach dni otwartych w poszczególnych szkołach. Bezskutecznie. Na specjalnie poświęconych akcji miejskich stronach internetowych (www.portaledukacyjny.krakow.pl oraz www.krakow.pl) nie było na ten temat ani słowa. W portalu edukacyjnym pod hasłem “Sześciolatku, nie trać roku” zamieszczono adresy podstawówek. Wszystkich, choć wiadomo, że klasy dla sześciolatków mają powstać tylko w 58 placówkach.

Nawet jeśli rodzic nie da za wygraną i kliknie na jedną ze szkół, nie będzie mądrzejszy. W każdej rubryka zatytułowana “oferta dla sześciolatka” jest pusta.

Do tej pustej rubryki kierowani byli zresztą rodzice, którzy słali e-maile do urzędników: “Przed zapisaniem dziecka chciałabym porównać ofertę i wyposażenie dwóch szkół. Jak to zrobić?” - pytała jedna z matek. “Proszę skorzystać z dni otwartych” - czytamy w odpowiedzi. A dni kiedy? Nie wiadomo.


Polecamy Państwu lekturę tekstu “O reformach, czyli o zamieszaniu bez sensu”, który został opublikowany na portalu netbird.pl. Poniżej fragment tego artykułu:

Dziesięć lat temu, siedzieliśmy razem w kilka osób przy okazji kolejnego zjazdu słuchaczy Szkoły Praw Człowieka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Był wśród nas Marek Nowicki, ówczesny, dziś już nieżyjący, prezes Fundacji. Rozmowa toczyła się wokół przygotowywanych zmian w polskiej oświacie. Marek w pewnej chwili stanowczo przerwał dywagacje różnych osób, krótkim stwierdzeniem: - Te wszystkie pomysły związane z reformą są bezsensowne. Ja bym podniósł pensje nauczycielom dwukrotnie, a nawet trzykrotnie i po trzech, czterech latach reforma sama by się wprowadziła.

Pomysł prosty i w swej prostocie genialny. Gdyby przeznaczyć całą tę kwotę, która wydana została, i która w tej chwili jest wydawana na działania wokół tzw. reform, na podwyżkę nauczycielskich pensji, praca w oświacie stałaby się jedną z najbardziej atrakcyjnych finansowo i przyciągałaby najlepszych.

A co Państwo sądzą o takim pomyśle?


Szkoła nie nauczy empatii

“Gazeta Pomorska” zamieściła rozmowę z Marią Nencką-Borowiecką, psychologiem dziecięcym zatytułowaną “Szkoła nie nauczy dziecka empatii”:

- Sześciolatki idą do szkół, ale czy w tym wieku dzieci są gotowe do obowiązku szkolnego?
- Nie. Ich rozwój emocjonalny, motoryczny i społeczny nie jest na tyle odpowiedni, aby zmierzyć się z wyzwaniami, jakie niesie ze sobą szkoła i funkcjonowanie w tak dużych grupach. Wielu ludzi nie myśli o tym, że szkoła to nie tylko nauka literek, ale zupełnie inne funkcjonowanie społeczne. Potrzeba pewnych umiejętności psychicznych, aby odnaleźć się w nowej sytuacji społecznej. Dziecko sześcioletnie jeszcze nie ma umiejętności przystosowawczych wystarczająco rozwiniętych.

- Rok to dużo w życiu dziecka?
- Bardzo dużo. Dziecko może szybciej nauczyć się czytać, pisać, nawet w wieku czterech lat, ale pewnych rzeczy po prostu nie da się przeskoczyć. Przede wszystkim chodzi o rozwój emocjonalny dziecka. W wieku 6 lat mały człowiek nie jest gotowy do siedzenia w ławce szkolnej przez 45 minut. Szkoła musiałaby zapewnić odpowiednie warunki dla sześciolatków, ale ile jest takich szkół, które spełniają podstawowe warunki dla sześciolatków? Ich liczba jest znikoma.

- Jakie warunki ma pani na myśli?
- Dzieci musiałyby mieć trzy osobne sale: do nauki, do zabawy i do odpoczynku. A szkoły do tego nie są przygotowane.

- Co zatem byłoby lepszym rozwiązaniem dla sześciolatków?
- Myślę, że dobrze byłoby, gdybyśmy pozostali przy zerówkach. Tam takie rozwiązania przecież istnieją. Jest to dobry sposób na przygotowanie dzieci do obowiązku szkolnego i myślę, że powinniśmy zachować takie rozwiązanie.

- A gdyby rodzice przygotowali dziecko na wyzwanie, jakim jest wcześniejsze rozpoczęcie nauki?
- Oczywiście, rodzice powinni rozmawiać z dziećmi o tym, co ich czeka w szkole, ale jak już powiedziałam, pewnych etapów w rozwoju dziecka nie da się ominąć, przeskoczyć. Sześciolatek nie jest na tyle społecznie rozwinięty, żeby bez większych negatywnych skutków wejść w nową rolę. Zdarza się, że i siedmiolatki płaczą i bardzo ciężko przechodzą pierwsze chwile w szkole. Prawdopodobieństwo, że młodsze dzieci będą tak reagować na obowiązek szkolny jest o wiele większe.

- Myśli pani, że posłanie szybciej dzieci do szkół będzie miało dla nich negatywne skutki społeczne i psychiczne?
- Zdecydowanie. Trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, jakiego człowieka i społeczeństwo chcemy ukształtować? Czy chcemy wychować człowieka znającego języki, fizykę i wszystkie inne nauki, ale bez zdolności empatii wobec otaczającego nas świata?

- Aż tak źle pani to widzi?
- Dzisiejsza szkoła nie uczy wrażliwości, spojrzenia głębiej na drugiego człowieka. Myślę, że wcześniej czy później odczujemy negatywne skutki reformy edukacyjnej. To będą nerwice, lęki, emocjonalne zachwiania. Nie wiem, skąd ten pęd do zabierania dzieciom dzieciństwa, czasu, jaki potrzebny jest na rozwój. One zdążą nauczyć się pisania na komputerze, zresztą i tak często przychodzą do szkoły z takimi umiejętnościami, bo komputer mają w domu lub w przedszkolu.

- Często przychodzą do pani rodzice, którzy decydują się na wcześniejsze posłanie dziecka do szkoły?
- Jest ich niewielu. Przychodzą, żeby zbadać, czy ich dziecko jest na tyle dojrzałe, aby pójść do szkoły. Często jednak okazuje się, że intelektualnie są przygotowane, psychicznie jeszcze nie. A rodzice zaskoczeni: “jak to, przecież Maciuś tak pięknie czyta”. Na szczęście takich rodziców jest niewielu.

- A jak reagują na wiadomość o tym, że ich dziecko będzie w wieku 6 lat chodziło do szkoły?
- Większość rozumie, że dzieciństwo jest jedno, a dziecku trzeba dać czas na rozwój. Tylko, czy ktoś pytał rodziców o zdanie przygotowując reformę? Cóż, czas pokaże jakie są społeczne koszty reformy. Myślę, że będą bardzo duże.


Łączenie gimnazjów i liceów

Kolejnym krokiem w reformie systemu edukacji ma być łączenie liceów i gimnazjów - więcej informacji na ten temat w artykule “Rzeczpospolitej” pt. “Gimnazja i licea, łączcie się”.

Natomiast min. Hall na dzisiejszym spotkaniu w Gdańsku zapowiedziała zmiany w kształceniu zawodowym, na które mają się składać następujące czynniki:

By kształcenie zawodowe odpowiadało potrzebom pracodawców trzeba przygotować nową klasyfikację zawodów (obecnie na ministerialnej liście figuruje 208 zawodów, ale resort chce pogrupować zawody pokrewne), ujednolicić system egzaminów zawodowych, przygotować nowe podstawy programowe, a także wysłać nauczycieli przedmiotów zawodowych na kursy do pracodawców, by poznawali najnowsze wymogi kształcenia.

Więcej informacji w artykule “Min. Hall w Gdańsku. Nauczyciele mają pomóc MEN”.


List do rodziców sześciolatków

Prezentujemy list do rodziców sześciolatków, który otrzymaliśmy od Jarosława Pytlaka, dyrektora szkoły podstawowej.


Drogi R.!

Prosiłeś mnie ostatnio o radę, jak postąpić z Twoją (wkrótce już) sześcioletnią córką, przed którą dość nagle otworzyły się dwie możliwości kariery szkolnej: pójście do „zerówki” albo od razu do pierwszej klasy. Skarżyłeś się, że wspólnie z żoną wciąż rozważacie oba rozwiązania, a w efekcie osiągnęliście tylko potężny ból głowy wywołany natłokiem sprzecznych argumentów.

Wbrew pozorom, ten dylemat nie jest całkiem nowy i nie powstał wraz z najnowszym pomysłem władz oświatowych, jakim jest posłanie sześciolatków do pierwszej klasy. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze istnieli rodzice gotowi wystąpić o przyspieszenie obowiązku szkolnego dla swojego dziecka, wybitnie uzdolnionego w oczach całej rodziny, pani w przedszkolu lub znajomych nauczycieli. Ba, sam byłem takim delikwentem, zakwalifikowanym jeszcze w latach sześćdziesiątych do eksperymentalnej klasy sześciolatków. Do niedawna wcześniejsze posłanie dziecka do szkoły było czynnością wyjątkową, uzależnioną nie tylko od życzenia rodziców, ale przede wszystkim od potwierdzenia gotowości szkolnej przez poradnię psychologiczno-pedagogiczną, a ta czyniła to raczej niechętnie. Teraz władze oświatowe zachęcają wręcz do rozpoczęcia nauki w wieku lat sześciu, zapewniając, że nowe programy nauczania i wyposażenie szkół w pełni odpowiadają potrzebom młodszych dzieci i w ogóle jest to właściwy krok każdego nowoczesnego i światłego rodzica.

W niedalekiej przyszłości miejsce zachęty zajmie obowiązek. Wierzę, że choćby z tego powodu szkolnictwo istotnie przystosuje się do potrzeb młodszych uczniów. Problem jednak powróci, bowiem, znając naturę ludzką, poradnie psychologiczno-pedagogiczne niezadługo staną wobec wniosków rodziców o umożliwienie podjęcia nauki szkolnej, w drodze wyjątku oczywiście, ich szczególnie uzdolnionym dzieciom w wieku lat pięciu. Pokusa znalezienia się w glorii rodzica dziecka wybitnego będzie u wielu zbyt silna.

Cóż o tym wszystkim myśleć? I co począć ze swoim sześciolatkiem - tu i teraz?

* * *

W ciągu lat pracy dyrektora szkoły spotkałem wiele dzieci rozpoczynających naukę w klasie pierwszej w wieku lat sześciu. Przyznaję, że żadne nie poniosło dotkliwej porażki. W nielicznych przypadkach tacy uczniowie należeli do czołówki, w większości radzili sobie na przeciętnym poziomie innych dzieci. Problem w tym, jakie ponosili koszty.

„Poradzi sobie” – to najbardziej rozpowszechnione słowa, którymi zachęcano rodziców (albo ci zachęcali się sami) do przyspieszenia obowiązku szkolnego. Niestety, nader często ta optymistyczna prognoza sprawdzała się w sensie dosłownym. Zamiast radości poznawania i osiągania sukcesów fundowano dziecku mozolny trud nadążania za starszymi nieraz o cały rok kolegami. Uczeń, który w swoim roczniku byłby wybitny, przyspieszony o rok pozostawał przeciętny, z poczuciem, że nauka jest smutnym i przykrym obowiązkiem.

Aby pomóc Ci zrozumieć istotę problemu muszę w tym miejscu sięgnąć do psychologii rozwojowej. Dzieci w miarę dorastania nabywają różne umiejętności. Na bazie prostych kształtują się coraz bardziej złożone. Jedne w sposób naturalny wynikają z drugich. Maluch najpierw wydaje pojedyncze dźwięki, które stopniowo składają się w najprostsze wyrazy (mama, tata, baba itp.), potem w proste zdania i całe dłuższe wypowiedzi. Sztuka mówienia pełnymi zdaniami, z odpowiednią intonacją i w sposób poprawny gramatycznie stanowi końcowy efekt wieloletniej nauki, która jednak w każdym przypadku zaczyna się od kilku prostych głosek. Nie inaczej jest w innych dziedzinach. Dla każdego wieku dziecka można wskazać umiejętności, które już posiada i takie, które znajdują się w jego zasięgu, pod warunkiem pomocy osoby dorosłej. Te drugie określa się w psychologii mianem sfery najbliższego rozwoju. W tej sferze mieści się wszystko, czego dziecko może się nauczyć, ponieważ dojrzało już do tego, intelektualnie albo fizycznie. Niektóre umiejętności są dosłownie „o krok”, wystarczy tylko niewielki impuls i już. Inne, choć również pozostają w zasięgu dziecka, są bardziej odległe i ich nabycie wymaga wielkiego mozołu.

Dobrą ilustracją tego zjawiska stanowi doświadczenie sławnego psychologa rosyjskiego, Lwa Wygotskiego, który badał nabywanie przez dzieci umiejętności naprzemiennego stawiania nóg na schodach. Otóż dziecko około drugiego roku życia pokonuje schody dostawiając na każdym stopniu jedną nogę do drugiej. Jeżeli w tym okresie zaczniemy uczyć je kroku naprzemiennego, to pożądany efekt osiągniemy po dłuższym czasie, liczonym w tygodniach, a nawet miesiącach, kosztem znacznego wysiłku dziecka i nauczyciela. Wygotski wykazał, że jeżeli wstrzymamy się z tą nauką około pół roku, to naprzemienne stawianie nóg na schodach przyjdzie dziecku z łatwością, w ciągu zaledwie kilku dni. Po prostu półroczny okres rozwoju spowoduje, że to, co wcześniej było trudne, stanie się bardzo proste. Wystarczy tylko trochę poczekać.

Można nauczyć zdolnego pięciolatka czytać i rachować, można wykształcić w nim umiejętności manualne większe niż u jego rówieśników, ale za cenę bardzo dużego wysiłku. Jeśli jednak wykazać nieco cierpliwości, umiejętności te przyjdą z wielką łatwością, niemal same, ku ogromnej radości malucha, który aktywność poznawczą ma przecież zakodowaną genetycznie. Nadmierna ambicja rodziców i wychowawców może popchnąć dziecko do niepotrzebnie ciężkiej pracy, w imię wykazania jego wyjątkowości. Owa wyjątkowość dla rodziców stanowi zazwyczaj powód do dumy, dziecku jest najczęściej po prostu obojętna, natomiast w grupie rówieśniczej może być wręcz ciężarem.

Pewnie dziwi Cię, dlaczego nauka nie opracowała dotąd narzędzi, które umożliwiałyby udzielenie odpowiedzi na pytanie, czy dziecko osiągnie sukces w szkole. Odpowiedź jest prosta – rozwój jest zjawiskiem niezwykle złożonym. Możemy zmierzyć dojrzałość dziecka w kilku podstawowych zakresach, sukces szkolny będzie jednak zależeć od integracji różnych procesów. Spróbuję przybliżyć Ci nieco to zagadnienie.

Rozwój ma kilka składowych, z których każda zmienia się w swoim tempie i dość niezależnie od pozostałych. Przyjmijmy w uproszczeniu, że jest ich cztery: rozwój fizyczny, intelektualny, emocjonalny i społeczny. Wyobraź sobie teraz górę, po której zboczu staczają się jednocześnie cztery piłki. Teren jest wyboisty. Piłki toczą się w dół, coraz szybciej, ale wcale nie w równym tempie. Bywa, że któraś znacznie wyprzedza pozostałe, albo pozostaje wyraźnie w tyle, ponieważ trafia na przeszkodę. To jest właśnie obraz nierównomierności rozwoju, normalnej u małych dzieci.

Patrząc na przedszkolaka dorośli z największą uwagą śledzą jego rozwój intelektualny. Ile to jest dwa dodać dwa? Jaka to literka? Jakie zwierzątko widzisz na obrazku? – na takie pytania troskliwych rodziców lub dziadków przeciętny maluch odpowiada często i, ku radości dorosłych, szybko zapamiętuje i powtarza poprawne odpowiedzi. Sam zresztą jest niesamowicie ciekawy świata i zamęcza otoczenie pytaniami „dlaczego?”. Im lepiej radzi sobie w takich rozmowach z dorosłymi, tym większą mają oni pokusę stawiania mu nowych zadań i ćwiczenia nowych umiejętności. Piłka rozwoju intelektualnego toczy się coraz szybciej.

Dość łatwo śledzić rozwój fizyczny. Nawet niewprawnym okiem widać, czy dziecko nie jest wyraźnie drobniejsze i słabsze od rówieśników. Czy prezentuje sprawność fizyczną w zabawach, czy chętnie biega, skacze. Warto pamiętać, że w dziecięcej zabawie sprawność fizyczna jest co najmniej tak samo ważna, jak intelekt. Przedwcześnie posyłając do szkoły nawet najsprawniejsze intelektualnie dziecko, które fizycznie wyraźnie nie nadąża za rówieśnikami, możemy je skazać na różne tego przykre konsekwencje.

Rozwój fizyczny obejmuje też sprawność manualną. Aby rozpocząć naukę pisania, dziecko musi precyzyjnie posługiwać się rękami, z których jedna powinna wyraźnie dominować. Maluch, który nawet sprawnie dodaje w pamięci 12 do 34, będzie miał w szkole kłopoty, jeśli wcześniej nie nauczy się odwzorowywania na papierze różnych kształtów, kolorowania obrazków i różnych innych umiejętności, dzięki którym w przedszkolu tak pięknie prezentuje się tablica „Nasze prace”.

Rozwój emocjonalny manifestuje się sposobem reagowania dziecka w różnych sytuacjach, szczególnie sposobem wyrażania zadowolenia lub niezadowolenia. Miarą dojrzałości jest umiejętność pohamowania emocji, na przykład wyrażanie gniewu lub sprzeciwu bez agresji, coraz częściej słownie niż zachowaniem. Innym ważnym aspektem dojrzałości dziecka jest odporność na stres. Zachwycając się sprawnością w liczeniu lub czytaniu, często nie zastanawiamy się, czy maluch jest w stanie pogodzić się z napięciem, jakie wnosi konieczność sprostania szkolnym wymaganiom.

Wreszcie rozwój społeczny, czyli, najprościej ujmując, umiejętność funkcjonowania w grupie i respektowania obowiązujących reguł. Choćby nie wiem ile placów zabaw i kącików z zabawkami wybudowano dla przyszłych uczniów-sześciolatków, będą oni musieli, w stopniu znacznie większym niż w przedszkolu, podporządkować się rozmaitym rygorom, takim jak siedzenie w ławkach, albo uważne słuchanie i wykonywanie poleceń związanych z tokiem nauki. Naturalny dla przedszkolaka indywidualizm musi ustąpić stosowaniu się do reguł obowiązujących w grupie. Piłka rozwoju społecznego nader często toczy się wolniej niż pozostałe.

Powtórzę raz jeszcze, rozwój dziecka przebiega nierównomiernie. Z tego względu trudno przecenić rolę przedszkola (także szkolnej „zerówki”), które poprzez różne działania wspomaga rozwój dziecka tam, gdzie „piłka” pozostaje z tyłu. Niestety, nauka szkolna, nawet ta zreformowana ostatnio pod kątem pracy z sześciolatkami, kładzie nacisk przede wszystkim na rozwój intelektualny, kosztem innych sfer rozwoju. Taka już jest natura szkoły.

* * *

Na marginesie tych rozważań muszę zwrócić uwagę, że wielu rodziców, w najszlachetniejszych zresztą intencjach, inwestuje w swoje małe dzieci, ignorując tę wiedzę, którą przedstawiłem powyżej. Coraz więcej maluchów, oprócz normalnego programu edukacji przedszkolnej (który jest bardzo sensowny i od dziesięcioleci stanowi, w mojej opinii, najlepszą część polskiego systemu oświaty), bierze udział w rozmaitych zajęciach dodatkowych. A że jest zapotrzebowanie, to pojawia się oferta, choćby taka, jak przedszkole „edukacyjno-sportowe”, albo „plastyczno-teatralne”. Jako pedagog zapadłbym się pod ziemię ze wstydu wieszając taki szyld (nawiasem mówiąc, nie spotkałem jeszcze „Uniwersytetu trzylatka”, ale podsłuchując rozmowy między rodzicami małych kandydatów do naszej szkoły mam wrażenie, że i taka idea znalazłaby amatorów).

Tego typu pomysły napędzają rozwój intelektualny, ale jednocześnie, ograniczając czas swobodnej zabawy z rówieśnikami, powstrzymują rozwój społeczny i emocjonalny. Przy okazji w mniejszym lub większym stopniu wywołują uzależnienie dziecka od organizowania mu czasu, czego efekty pewna doświadczona przedszkolanka ujęła w takim oto zdaniu:

„Kiedyś dziecko brało patyk i bawiło się nim w dziesięć różnych zabaw. Dzisiaj siedzi przed regałem pełnym pięknych zabawek… i się nudzi!”

Niestety, nudzić się też trzeba nasze dziecko nauczyć, i warto umieć się nudzić – o czym często zapominają nowocześni rodzice.

* * *

Stoisz dzisiaj przed decyzją, czy Twoje dziecko powinno pójść do pierwszej klasy. Być może usłyszałeś od kogoś znajomego albo w przedszkolu, że „poradzi sobie”. Czasem mam pretensję do pań przedszkolanek, które zachęcając rodziców do przyspieszania nauki dziecka, z jednej strony ponad miarę wychwalają jego rozwój intelektualny, z drugiej nie zawsze zwracają uwagę na braki w innych sferach rozwoju. Może jednak jestem niesprawiedliwy, wiem bowiem skądinąd, że zwykłe ciepłe słowa o dziecku, jakie kieruje do rodzica każdy dobry nauczyciel, bywają interpretowane nazbyt optymistycznie. Jeśli chcesz zatem podjąć najlepszą decyzję porozmawiaj o tym szczerze w przedszkolu, prosząc o przedstawienie wszystkich za i przeciw. Poradź się też psychologa w poradni psychologiczno-pedagogicznej. No i bardzo, ale to bardzo uważaj na słowa „poradzi sobie”, bo przecież nie o to chodzi!

Licz się z tym, że władze oświatowe, a za nimi media, będą przekonywać, jak dobrze będzie Twojemu sześciolatkowi w szkole. I jeśli żadna „piłka” rozwoju Twojego dziecka nie toczy się wyraźnie wolniej niż u większości sześciolatków – możesz spokojnie skorzystać z tej możliwości. Pamiętaj jednak, że oznacza ona rok wcześniejszą maturę, a zatem rok krótsze dzieciństwo. Jeśli wierzysz, że jest to dobre rozwiązanie, że dziecko w krótszym czasie nauki szkolnej nabędzie wszystkie potrzebne umiejętności, także społeczne, i jeśli wierzysz, że cała ta operacja nie jest podyktowana po prostu interesem ekonomicznym państwa, obudowanym piękną ideologię, zdecyduj się już teraz na klasę pierwszą.

Ja, niestety, nie wierzę.

Warszawa, 20.11.2009 r.                                                            Jarosław Pytlak


Liceum bez planu lekcji

Reforma systemu edukacji to nie tylko obniżenie wieku szkolnego, to również zmiana planów nauczania dla szkół ponadgimnazjalnych. Tymczasem cały czas nie ma konkretnych informacji, jak ma wyglądać edukacja w szkołach ponadgimnazjalnych. Można przeczytać o tym w artykule “Nowe liceum wciąż bez planu lekcji”:

Czasu na pierwszy rzut oka jest dużo, bo licea i inne szkoły ponadgimnazjalne według nowych reguł zaczną funkcjonować dopiero od września 2012 r. Problem w tym, że reforma całkowicie zmieni sposób ich działania. Uczeń liceum według starych zasad będzie uczył się tylko przez pierwszą klasę, ale już od drugiej będzie sam decydował, jakich przedmiotów i na jakim poziomie będzie się uczył. - To oznacza, że obok klas profilowanych będą musiały funkcjonować również grupy międzyoddziałowe. Bo może się zdarzyć, że uczeń z klasy biologiczno-chemicznej będzie chciał uczyć się matematyki na poziomie rozszerzonym, a jego kolega z klasy matematyczno-informatycznej zamarzy o lekcjach historii - wyjaśnia dyrektor liceum na północy Polski

Tymczasem nadal nie wiadomo, ilu godzin nauki określonych przedmiotów będzie wymagało ministerstwo. A właśnie to decyduje o polityce kadrowej szkół i ich planach pracy. Dyrektorzy obawiają się, że dostaną te informacje zbyt późno i w szkołach zapanuje organizacyjny chaos. Co gorsza, może też zabraknąć wykwalifikowanej kadry.


dalej »