Wiadomości
Komentarze
Forum

Wpisy w kategorii: Reforma systemu edukacji

Kuszenie sześciolatków

„Rzeczpospolita” zamieściła artykuł pt. „Kuszenie sześciolatków” opisujący starania samorządów o zwiększenie liczby dzieci 6-letnich w pierwszych klasach. Samorządowcy mówią głównie o przekonywaniu rodziców, wydawaniu poradników, udzielaniu porad oraz o zapraszaniu dzieci z rodzicami do szkół.

Sześciolatki, które pójdą do szkół, zwolnią miejsca w przedszkolach dla młodszych. Dostaniemy też na nie rządową subwencję – mówi Jan Żądło, dyrektor Wydziału Edukacji Urzędu Miasta w Krakowie.

W tym mieście w szkołach jest 2 proc. sześciolatków. Krakowscy urzędnicy mają ambicję, by było ich więcej. Rozpoczęli akcję, która ma przekonać rodziców. – Zaczęliśmy od rozmów z dyrektorami szkół i przedszkoli. Chcemy, by mówili jednym głosem, że nie warto, by sześciolatek został w przedszkolu – tłumaczy Żądło.

W planie są wycieczki dla pięciolatków do szkół, by mogły zobaczyć klasy, spotkania w podstawówkach z rodzicami, by przekonali się, że są przygotowane na przyjęcie dzieci. – Chcemy tworzyć klasy tylko dla sześciolatków, by rozwiać obawy rodziców, że dzieci nie poradzą sobie wśród starszych siedmiolatków – dodaje Żądło.


We wczorajszej „Rzeczpospolitej” znalazł się  artykuł, który podsumowuje dotychczasowe rezultaty obniżenia wieku szkolnego „Sześciolatki poza szkołą”:

Wbrew planom Ministerstwa Edukacji do pierwszej klasy poszło niecałe 5 proc. dzieci w wieku sześciu lat. Według danych ministerstwa, zaskakująco mało sześciolatków zaczęło edukację w regionach, gdzie jest dużo przedszkoli. W województwach opolskim i śląskim zrobiono tak tylko w ponad 3 proc. rodzin. Większy odsetek trafił do szkół w regionach, gdzie nie ma rozwiniętej sieci przedszkoli, np. w Warmińsko-Mazurskiem i Podlaskiem. – Tam sześciolatki i tak trafiłyby do zerówki w szkole. Łatwo było przekonać rodziców, by uczyły się w pierwszej klasie, skoro i tak znalazły się w szkolnym budynku – mówi Teresa Ogrodzińska z Fundacji Rozwoju Dzieci im. Komeńskiego.

Sławomir Kłosowski (PiS), były wiceminister edukacji, dodaje, że pomysły MEN nie mają poparcia w społeczeństwie. – Jednak w przyszłym roku dzieci w szkołach będzie więcej. Rodzice są do tego przymuszeni, bo w przedszkolu dzieci nie uczą się pisać ani czytać – mówi.

W „Rzeczpospolitej” jest również komentarz Piotra Goćka:

Nietrudno odgadnąć, czego bali się rodzice – tego, że szkoły są nieprzygotowane do przyjęcia maluchów. Że zamiast sal z zabawkami czekają na nie przepełnione klasy. Że nie będzie osobnych zajęć dla siedmiolatków i sześciolatków, bo nie ma na to pieniędzy. Wszystko to dla Ministerstwa Edukacji jest nieważne, bo działa w imię zasady: obiecaliśmy reformę, będzie reforma. Koszt nieistotny.

W Polsce zamiast badań i dyskusji mamy ministerialne dogmaty, a zamiast pieniędzy na szkoły – mechanizmy spychania odpowiedzialności na samorządy. Sądząc po opublikowanych dziś przez „Rz” danych, minister Hall czym prędzej powinna znaleźć sobie jakieś inne dzieci i innych rodziców do przeprowadzania reformy. Bo ci dzisiejsi najwyraźniej jej nie rozumieją. Ale czy można się im dziwić?

Oraz wywiad z minister Katarzyną Hall:

Od czegoś trzeba zacząć. W poprzednich latach, kiedy sześciolatki mogły iść do szkoły po zasięgnięciu opinii z poradni psychologiczno-pedagogicznej, szło ich do pierwszych klas niecały jeden procent.

W zeszłym roku, gdy zaczęliśmy już mówić o obniżeniu wieku szkolnego, był to jeden procent. Teraz wzrost jest więc niemal pięciokrotny. Pięć razy więcej ludzi stwierdziło, że może posłać swoje sześcioletnie dziecko do szkoły. Jeśli za rok znów będzie pięć razy więcej, to będzie już znaczna zmiana. Dla mnie najważniejsze jest, że blisko 72 proc. pięciolatków poszło w tym roku do przedszkoli.


Nierealny pomysł Hall?

Reforma systemu edukacji zakłada samodzielny wybór przez licealistów w drugiej i trzeciej klasie przedmiotów, których chcą się uczyć. Ale nauczyciele i samorządowcy już alarmują, że trudno będzie zapewnić uczniom swobodę w wyborze przedmiotów. Powód jest prosty – szkoły nie mają pieniędzy na prowadzenie zajęć dla małej grupki uczniów.

W Krakowie musi być minimum 15 – 16 uczniów. Jeśli więc w 2012 r. w liceum znajdzie się tylko pięciu chętnych na naukę rozszerzonej filozofii, to szkoła nie będzie mogła takich zajęć prowadzić.

– Duże szkoły poradzą sobie tak, że stworzą grupy międzyoddziałowe, ale mniejsze licea będą mieć problem, bo trudno prowadzić zajęcia dla pięciu czy sześciu osób – przyznaje Jan Żądło, p.o. dyrektora wydziału edukacji Urzędu Miasta w Krakowie.

Samorządowcy wskazują też, że w pomyśle MEN jest też dużo niewiadomych. – Nie wiemy, jak małe klasy dopuści MEN, ile godzin przeznaczy na przedmioty i czy takie kształcenie nie okaże się droższe – wylicza Beata Murawska z biura edukacji w warszawskim ratuszu.

Resort nie potrafi dziś odpowiedzieć na pytanie, jak ma wyglądać nauka w zreformowanych liceach. „Sprawy te zostaną dopiero określone w noweli rozporządzenia w sprawie ramowych statutów w szkołach publicznych” – twierdzi biuro prasowe MEN.

– Sposobem na wyjście z sytuacji jest zrezygnowanie z pełnej dowolności wyboru przedmiotów przez uczniów – uważa dyrektor Żądło.

Powyższy cytat pochodzi z artykułu „Nierealny pomysł Hall?” opublikowanego dziś w „Rzeczpospolitej”.


Z artykułu „Klasy gotowe, ale sześciolatków brak” opublikowanego dzisiaj w gazecie „Metro” możemy się dowiedzieć, że:

  • szkoły nie dla sześciolatków w Warszawie nie były przygotowane:

Gdy pół roku temu rodzice chcieli zobaczyć wydzielone sale i place zabaw dla sześciolatków, nie bardzo mieliśmy co pokazywać.

  • ale teraz już są:

Przeprowadziliśmy remonty. W 90 proc. szkół sale dla najmłodszych są albo zupełnie wydzielone, albo mieszczą się w części przeznaczonej dla klas I-III. Place zabaw są w 122 szkołach, w kolejnych 32 sześciolatki korzystają z placów w sąsiedztwie.

  • i w związku z tym:

Dlatego od stycznia zacznie się tu nowa kampania informacyjna. Rodzice będą mogli wziąć udział w dniach otwartych, konferencjach z psychologami, a biuro edukacji wyda poradnik wyjaśniający różnice między programem zerówki i I klasy oraz pomagający ocenić, czy dziecko jest gotowe na edukację.

Polecamy również komentarz Małgorzaty Barańskiej, nauczycielki klas I-III

W mojej klasie nie trafił się żaden 6-latek, ale takie dzieci są w klasach u koleżanek. Jakoś sobie radzą, ale moim zdaniem odnajdują się trochę gorzej niż starsze dzieci. Nie chodzi o kwestie dydaktyczne, bo z nauką nie ma problemów. Chodzi o przystosowanie społeczne – to po prostu jeszcze przedszkolaki, które np. nie bardzo rozumieją, dlaczego muszą sterczeć przez 45 minut na szkolnym apelu. Kampanie zachęcają rodziców, by posyłali dzieci do I klas? Proszę bardzo, jeśli infrastruktura się poprawi, a otoczenie, w którym będą przebywać dzieci będzie bardziej przyjazne. Ale moim zdaniem to, że zmieni się szkoła nie znaczy, że zmieni się 6-latek, dla którego najlepszym miejscem do rozwoju jest przedszkole.


Pierwsza relacja z konferencji „Sześciolatek w szkole” znalazła się w artykule „Sześciolatki w szkole – czy ten pomysł zdaje egzamin?”. Poniżej fragment tego tekstu:

Ewa Łowkiel, wiceprezydent Gdyni ds. edukacji: – Najtrudniej było namówić rodziców, żeby w ogóle przyszli na zebrania do szkół, zobaczyli warunki, jakie czekają na dzieci, i posłuchali, jaką mamy dla nich ofertę. W niektórych szkołach czterokrotnie organizowaliśmy spotkania. Na miejscu czekał psycholog i pedagog, którzy pomagali rozwiać wątpliwości. Rodzice dostawali do ręki nowe podstawy programowe – opowiada Ewa Łowkiel.

Czego zażądali rodzice? Osobnych klas dla sześciolatków, opieki do godz. 17 i lepszego wyposażenia szkół.

W kilku szkołach (m.in. SP 21 i 18) takie klasy powstały, do każdej z nich miasto zatrudniło dwóch nauczycieli, by do godz. 17 dziecko miało opiekę jak w przedszkolu. W pozostałych podstawówkach sześciolatki uczą się z siedmiolatkami, ale tylko jeśli rodzic się na to zgodził. Na doposażenie szkół w pomoce dydaktyczne i zabawki Gdynia wydała 200 tys. zł.


Sekcja Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” będzie pomagała zbierać podpisy pod obywatelską inicjatywą wycofania obowiązku posyłania do szkół dzieci w wieku sześciu lat – poinformował PAP przewodniczący sekcji Stefan Kubowicz.

Podczas piątkowego posiedzenia Rady Sekcji Krajowej Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” w Grotnikach koło Łodzi doszło do spotkania przedstawicieli związku z rodzicami, którzy chcą doprowadzić do wycofania się rządu z części reform w oświacie. „Dotyczy to głównie sześciolatków w szkole. Od kilku dni mamy badania angielskie, które pokazują, że pięcio-, sześciolatek w szkole jest gorszy niż siedmiolatek. Dlatego nasze struktury dołączą się do obywatelskiej akcji rodziców” – powiedział Kubowicz.

Jego zdaniem, rodzice, którzy chcieliby posłać wcześniej dziecko do szkoły, powinni mieć taką możliwość, jednak „nie może to być obowiązek”.

Więcej o inicjatywie znajduje się na stronach Stowarzyszenia Rzecznik Rodziców.


Informacja z „Życia Warszawy” – „Literki wracają do zerówek”: rodzice naciskają na naukę czytania i pisania w zerówkach, a nauczyciele i dyrekcja są zdezorientowani:

Rodzice przyznają, że zaczęli naciskać na nauczycieli. – Na początku roku wychowawczyni kategorycznie stwierdziła, że dzieci nie będą uczyć się pisać i czytać – wspomina pani Iza z Wawra. – Po półtora miesiąca uznała jednak, że sześciolatki dobrze radzą sobie z omawianym materiałem i po konsultacjach stanęło na tym, że kupiliśmy zeszyty do ćwiczeń kaligrafii i liczenia. Wkrótce nasze maluchy mają zacząć normalną naukę – opowiada mama.

Na forach internetowych rodzice dzielą się też radami jak rozmawiać z nauczycielami. I proponują drogi okrężne, np. zapisanie malucha na kurs języka: „Uczą nie tylko angielskiego, ale także pisać po polsku”.

A co na to MEN?

Grzegorz Żurawski, Rzecznik resortu edukacji: Nie ma niczego nagannego w tym, że sześciolatki w oddziałach przedszkolnych uczą się pisać czy czytać. Nikt tego nie zabrania.

Pan rzecznik ma dość kiepską pamięć, bo w czerwcu tego roku mówił tak (źródło):

MEN twardo obstaje przy swoim: na internetowej stronie dla sześciolatków umieścił nawet komunikat, że „korzystanie z podręczników w wychowaniu przedszkolnym jest nie tylko niekonieczne, ale również niezalecane”. Chodzi m.in. o to, żeby dzieci nie ćwiczyły pisania.

- W edukacji przedszkolnej ma się odbywać przygotowanie przedszkolne do nauki w szkole. Posadzenie dziecka do ławki oraz nauka pisania i czytania ma miejsce w szkole – tłumaczy rzecznik resortu Grzegorz Żurawski. – Trudno. Wybór należy do rodziców: czy bardziej im zależy na edukacji dziecka, i wtedy zapisują je do szkoły, czy wybierają przedszkola.


Informacja za „Gazetą Wyborczą” – „MEN: Bonu nie będzie”:

Czy sztandarowe hasło wyborcze w edukacji Platforma odkłada do lamusa?

Tak w każdym razie oświadczyła wiceminister edukacji Krystyna Szumilas w piątek, na posiedzeniu sejmowej komisji edukacji. Zwołali ją posłowie PiS po artykule „Gazety” z pierwszych dni września, w którym minister edukacji Katarzyna Hall potwierdziła, że z idei bonu MEN nie rezygnuje. Pytaliśmy ją o bon dlatego, że zatrudniła wówczas w resorcie na stanowisku wiceministra Lillę Jaroń, byłą dyrektorkę wrocławskiego wydziału oświaty, która wprowadzała lokalnie właśnie bon oświatowy. Jaroń objęła m.in. wydział strategii odpowiedzialny za główne zmiany w edukacji. Nieoficjalnie w MEN usłyszeliśmy, że jednym z zadań nowej wiceminister będzie opracowanie koncepcji bonu dla całego kraju. Minister Hall nie zaprzeczyła.

(…)

W piątek wiceminister Szumilas utwierdzała posłów, że bonu nie będzie. Mówiła, że podobną rolę spełnia już istniejący system finansowania oświaty, według którego państwo płaci na utrzymanie szkół samorządom m.in. zgodnie z liczbą uczniów na ich terenie. Jednocześnie Szumilas zapowiedziała, że MEN chce promować „dobre praktyki” finansowania oświaty na poziomie samorządowym. W przyszłym roku ma wykorzystać na to pieniądze unijne. O które „dobre praktyki” chodzi, posłowie już nie dociekali. Posiedzenie trwało zaledwie dziesięć minut.


I trzeci dzisiejszy artykuł: „MEN: rodzice nie powinni wymuszać na przedszkolach nauki czytania”.

Jak poinformował dziś rzecznik MEN Grzegorz Żurawski, z informacji zebranych przez resort od samorządów wynika, że szkoły podstawowe nadal są gotowe na przyjęcie 6-latków do I klas.

Rodzice, którzy uważają, że ich 6-letnie dziecko jest gotowe do nauki czytania i pisania, powinni udać się do swojej najbliższej szkoły i zobaczyć, czy ma ona taki standard opieki nad dziećmi jak przedszkola. Większość szkół ma już taki standard.


Drugi dzisiejszy artykuł z „Gazety Prawnej” – „Szkoła nudna dla siedmiolatków”:

O wiele gorzej czują się w szkole siedmiolatki, które już od roku funkcjonują w systemie edukacyjnym. Bynajmniej nie dlatego, że nauka okazała się dla nich zbyt trudna – oni na lekcjach po prostu się nudzą. – Rysujemy swoją rodzinę i kolegów, robimy szlaczki i wklejamy nalepki w ćwiczeniach – mówi 7-letnia Martyna Iwasiuk, która uczy się w podstawówce w Warszawie. Dziewczynka potrafi już czytać i chętnie rozwiązuje zadania matematyczne.

Również nauczyciele zgodnie twierdzą, że pierwszoklasiści mają niewiele do nauki. – Program kończy się na dodawaniu do dziesięciu, więc dzieci nudzą się, bo to już robiły w zerówce – opowiada Agnieszka Łapińska, nauczycielka nauczania początkowego z Warszawy. Podobnego zdania jest wychowawczyni pierwszej klasy z Gdańska Małgorzata Baranowska, która ostrzega, że tak niskie wymagania mają fatalny wpływ na rozwój uczniów. Dlaczego? Bo nie nauczą się pracować i przyzwyczają się, że wszystko przychodzi im z ogromną łatwością. – To jest rocznik, który został poświęcony dla idei obniżenia wieku szkolnego – twierdzi Baranowska.


« wstecz - dalej »