Wiadomości
Komentarze
Forum

Wywiad z Pawłem Komisarczukiem, redaktorem naczelnym wydawnictwa edukacyjnego, opublikowany w „Dzienniku” z dnia 29.08.2008 – „Szkoły nie zdążą z reformą”.


Klara Klinger: W 2009 roku część sześciolatków ma rozpocząć naukę szkolną. Czy są już gotowe podręczniki?

Paweł Komisarczuk: Nie, bo nadal nie ma podstawy programowej, która określałaby, co ma się w nich znaleźć. A przecież zgodnie z ustawą jeszcze przed wakacjami powinni się z nimi zapoznać nauczyciele i wybrać te, z których będą uczyć nowych pierwszoklasistów. Wcześniej zaś każdy przygotowany podręcznik musi być zatwierdzony przez MEN. Tymczasem sama procedura zatwierdzania w ministerstwie trwa nawet 12 miesięcy. W 2007 r. ministerstwu udało się zatwierdzić w ciągu roku 170 podręczników. W tym roku ze względu na posłanie sześciolatków do szkół będzie ich około 1000. Jak MEN chce tego dokonać?

Ale ministerstwo przedstawiło wstępny projekt podstawy programowej.

Problem w tym, że on się może zmienić w każdej chwili, nadal bowiem nie ma ostatecznego rozporządzenia. A debata nad Ustawą o systemie oświaty odbędzie się w Sejmie dopiero we wrześniu i równie dobrze wszystko może zostać odwołane. Dlatego autorzy podręczników są w sytuacji podbramkowej – albo muszą pisać w ciemno, albo czekać na wytyczne, ale wtedy nie zdążą.

Dla kogo będą przeznaczone podręczniki: sześcio- czy siedmiolatków?

To kolejny poważny problem. Może zdarzyć się tak, że w jednej klasie będzie dziecko po zerówce, które umie czytać i pisać, i dziecko o półtora roku młodsze, które nigdy w przedszkolu nie było i dopiero poznaje literki. I one mają się uczyć z jednego podręcznika! Trudno taki podręcznik przygotować.

Teoretycznie trzeba w nim utrzymać obecne wymagania na koniec pierwszej klasy. Teraz musiało je spełniać dziecko ośmioletnie, które uczyło się dwa lata (zerówka plus pierwsza klasa). Po reformie takie same wymagania będzie musiało spełniać dziecko o rok młodsze po roku nauki. Mające słabsze warunki poznawcze i większy materiał do przerobienia.

Pojawiają się też problemy natury technicznej: np. w podręcznikach dla sześciolatków są większe linie niż dla siedmiolatków. Jaka liniaturę teraz zastosować?

Może to przesadzone zarzuty.

Paradoksalnie resort edukacji sam na siebie zastawia pułapkę. Wstępnych wymagań założonych przez MEN mogą bowiem nie uznać rzeczoznawcy z ministerstwa oceniający podręczniki. Już zdarzało się bowiem, że odrzucali podręczniki dla siedmiolatków, bo były za trudne. Nietrudno wyobrazić sobie, że odrzucą podręczniki przygotowane według tych samych wymagań dla dzieci o rok młodszych. My, wydawcy, jeżeli będziemy trzymać się rozporządzeń MEN, możemy liczyć tylko na cud, bo albo nasze podręczniki odrzucą rzeczoznawcy, albo w cudowny sposób zmienią zdanie i zakwestionują swoje poprzednie decyzje.

Skomentuj